czwartek, 13 stycznia 2011
Przemoc twórcza
Artyści mają to do siebie, że czasem cierpią na niemoc twórczą. Charakteryzuje się ona brakiem pomysłów, których nie dają nawet narkomania, alkoholizm czy nadmiar seksu. Albo asceza.
Ale skoro jest coś takiego to może być i stan odwrotny, romantycznie zwany "furror poeticus", kiedy to na artystę spływa natchnienie. Osobiście pokusiłbym się o inne określenie, mające konotacje etymologiczno-nowomowne, mianowicie, przemoc twórczą.
Bo kiedy artyzm się zaczyna wręcz wylewać z twórcy i nie starcza na niego tworzywa to nieuniknione jest aby zaznaczył on swoje piętno na wszelkich relacjach z otoczeniem. Idąc do sklepu na przykład, będzie taki muzyk sobie podśpiewywał (lub grał na niewidzialnym instrumencie), poeta recytował inwokacje (choć to takie błahe...), pisarz zapisywał kolejne karteluszki, etc, etc. (zgodnie z ustalonymi w społecznym obrazie artysty, stereotypami). Po wejściu do sklepu, nie przerywając natchnionych czynności, nieświadom otaczającego świata wyjdzie z koszykiem, na co zaprzyjaźnione (oczywiście bardzo blisko) sklepikarki dopiszą towar na krechę (bo wszystko wpisane w pewien standard - alkohol i fajki, bo obiad artysta je u mamusi).
I tak w dekadenckiej atmosferze stworzonej z dymu i conajmniej 40% trunku artysta może się oddać sztuce. Ewentualnie może jeszcze zadzwonić po jakąś tanią muzę żeby zadość dać podkładowi artystycznemu.
Później przez parę miesięcy nie wychodzić z domu, w pocie czoła dając upust nagromadzonej energii, będąc już wizualnym Robinsonem przejść się do wydawcy i nie zrażać się ochroną co parę razy da po pysku za domniemaną bezdomność po czym, mimo smrodu własnego, zostać okrzykniętym geniuszem na miarę naszych czasów (chociaż zastanowiłbym się czy to na pewno komplement). Później rauty, bale, hotele, laski, oklaski, elita i parę zer więcej na koncie.
No dobrze, tylko co wtedy gdy wena nie spływa, kasy nie ma bardziej niż zwykle i nagle nikt artysty nie chce już widzieć na oczy i słyszeć na uszy, a i w mordę nie leją tylko kopią w dupę? Skoro z natchnienieniem wiążą się alkohol, tytoń i kobiety to może da się równanie odwrócić i za pomocą tych składników otrzymać wenę. I niemoc przemocą przemóc?
Hmm... Nie, niemożliwe, nie da się - bo to by oznaczało, że wszyscy 'wielcy' to alkoholicy, dziwkarze i narkomani, a jak coś sklecą to tylko w efekcie chemicznego wspomagania (stymulowania) mózgu...a na polskim przecież mówili zawsze 'och, ach', wielki poeta, pisarz...
Jakoś nikt nie wnika w tworzywo tej doskonałej sztuki, dopiero po zagłębieniu się w biografie wychodzi na to, że nie ma sztuki bez chlania, pieprzenia i ćpania, o ile nie wynika ona w jakimś stopniu z choroby psychicznej. Albo wielkość sztuki nie jest mierzona wielkością człowieka.
Ale o tym może kiedy indziej...
czwartek, 30 grudnia 2010
Ambicje
Nie wiem czy zaznaczałem to na początku, ale niniejszy blog nie ma większych ambicji. Czy to wylewania żółci, czy autopromocji. Jego założeniem było jest i będzie samo przekształcanie myśli w tekst. Raz lepszy, a raz gorszy, ale nie podporządkowany żadnym precyzyjnym regułom.
Chociaż może się przydać jakaś dyscyplina myślowa to jednak pisanie na równym poziomie o dupie Maryni jak i o funkcjonalizmie w socjologii wydaje mi się nad wyraz kuszące. A wrzucanie wszelkich przejawów mojej aktywności piśmienniczej do jednego wora napewno zaoszczędzi czasu potencjalnym biografistom.
Poza tym same ambicje już za czasów dziecięcych zostały z mojej głowy konsekwentnie wyrugowane. Dlaczego, nie wiem. Natomiast ich brak nie zawsze przeszkadza - głównie wtedy gdy puste mam kieszenie i dochodzą mnie wątpliwości czy stosunkowo bezcelowa egzystencja ma długoterminowe szanse na zwrot z inwestycji (głównie z jedzenia i picia, ale też pochłaniania książek). Ale czasem jak są pełne, jest chlanie i impreza, a przede wszystkim spokój wewnętrzny to jakoś jednak pojawiają się tylko sporadycznie. I przypominają w swej trwałości slogany grup na facebook'u - "może by tak coś zrobić. Ale najpierw dopalę blanta. Cooool...".
wtorek, 28 grudnia 2010
Reanimacja / Kawa
Pewnie ktoś pomyśli, że jeżeli wpisy pojawiają się średnio co pół roku to blog już dogorywa. Ja też tak myślę, więc pora zmienić te statystyki.
Największym problemem pozostaje temat. Może kawa?
Kawa towarzyszy mi od kiedy rodzice przestali mówić, że "to nie dla dzieci". W sumie to nie mam pojęcia kiedy przestali to mówić, ale w tym momencie nie ma to aż takiego znaczenia. W każdym razie już parę lat się zejdzie.
Na początku była to zwykła mielona, słodka i z mlekiem. I była przez długi czas. Powiedziałbym, że picie takiej kawy to leniwa melancholia. Ale tylko dlatego, że w pierwszej pracy była tylko rozpuszczalna. I tak właśnie kojarzy mi się rozpuszczalna z mlekiem - z poranną gonitwą w pracy. Trochę też z piciem kawy zamiast spożywaniem posiłków, ale to inna historia.
I nagle coś się zmieniło. Smak? Za dużo fajek? Katar? A może ogrzewanie włączyli i nos się zbuntował? Trudno dojść do jednoznacznej przesłanki, ale stało się. Właściwie stała się. Czarna kawa. I przez zimę głównie ona zadomowiła się o poranku w mojej kuchni. Czasem z ziołami czasem bez. Jednak tylko ją zacząłem tolerować. Nie wiem natomiast jak ją określić... Może w kontraście dla śniegu po kolana i śliskich chodników - black power?
czwartek, 29 lipca 2010
Kolejny nowy początek
No i się skończyło...
Ale to truizm, bo zawsze coś się kończy, a coś się zaczyna. Tym razem pożegnałem się z robotą. W sposób chamski, niekulturalny i bardzo niedżentelmeński. Czyli na dobrą sprawę wyplułem z siebie wszystkie rzeczy jakich w niej doświadczałem. Nie twierdzę, że były tam tylko złe doświadczenia, powiem więcej, były nawet bardzo przydatne z punktu widzenia życia, choć niekoniecznie w rozwoju zawodowym.
A co się zaczęło? W pewnym sensie wolność. Zarówno psychiczna jak i fizyczna. Chce mi się wstawać, co mogę uznać za pozytytwne zjawisko. Mam czas żeby spotkać się i porozmawiać z rodziną. I nawet słońce jakoś jaśniej świeci. Lżej na duchu.
Mogę się zająć tym co lubię – pisaniem i używaniem mózgu, a nie działaniem z autommatu. Chociaż osoby po przeciwnej stronie barykady mają zapewne odmienne zdanie. Ale szanuję ich, bo to ciężki kawałek chleba.
Co dalej?
Dalej standard, poprawianie warsztatu, choćby w niniejszym wpisie. Trochę terapia, trochę praktyczne doświadczenie. Poza tym projekty pro bono, widocznie zarabianie pieniędzy nie leży w mojej naturze. A w każdym razie jeszcze nie.
Idąc krok dalej, zaczynają się kolejne studia tym razem SGGW. Kolejne studia, kolejny pierwszy rok... To może wyglądać jak sposób na wieczną młodość, ale generalnie starość jeszcze przez drugie tyle życia mi nie grozi, a ja tegoroczny początek tłumaczę sobie minionym nonkonformizmem. Co nie oznacza, że w tym roku będzie inaczej. Może będę łagodniejszy dla akademików.
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Jak zostałem proletariuszem
Po kolejnych dniach bezrobotności, tata zapytał czy nie chcę popracować u znajomego, który to ma firmę budowlaną i potrzebuje kogoś do pomocy. Wysłanie kilkunastu cv, bez odpowiedzi pozwoliło mi dojść do wniosku, że taka okazja się nie powtórzy. Spotkałem się z nowym szefem, omówiliśmy wszelkie sprawy i zaczęła się moja robotnicza przygoda.
Pierwszego dnia umówieni o 7:30, przystanek jazdy ode mnie. Czyli musiałem wstać ok 6-6:30 żeby zdąrzyć. Co przy codziennym wstawaniu ok godziny 9 jest naprawdę niezłym wyczynem. Ale udało się. Przez pierwszy tydzień dwa spóźnienia 2-3 min. Za co i tak mi się oberwało wysłuchaniem lamentacji, że od tego się zaczyna. Ale, różni ludzie, różne problemy. Pierwszego dnia pracy trafiłem na robienie tarasu - kładzenie płytek. Prosta rzecz. A że było nas dwóch, ja i majster, to przez dwa tygodnie roboty moja funkcja ograniczała się do "przynieś-podaj-pozamiataj". A oprócz tego "umyj-wysłychaj ochrzanu-że-źle-myjesz-poza-tym-źle-łamiesz-drewno-źle-sprzątasz-i-że-chyba-masz-coś-z-głową". W sumie można się przyzwyczaić, że dostaje się opieprz za coś czego się w życiu nie robiło. Taki rytuał. "Złam drewno. Nie tak, jak łamiesz! Popatrz. Urwał, skąd ty się wziąłęś?! Nie tak." Bez gadania bym to pewnie zrobił 2 razy szybciej, oszczędzając czas który miałem zaoszczędzić po wysłuchaniu i szeregu instrukcji. Ale niech tam, nazwijmy to prawem szefa. Przez te dwa tygodnie słyszałem w sumie różne rzeczy. Że nie umiem: czyścić, sprzątać, łamać, ciąć, zdążać. Ale skoro zniosłem tyle to może chociaż umiem pracować..?
Akurat.
Następna robota - wstawianie kręgów od szamba. Do dołu który wykopię ja. 1,2m średnicy, 1,8m wysokości. Wzór na pole koła P=pr'2 na objętość walca więc pr2h, czyli 3,14*0,6*,06,1,8=2,03472m3 Pomyślmy łopatę miałem ostanio w ręku... hmmm... dawno temu. Ale trudno, urok pracy. Więc kopię. Najpierw masa kamieni i kawałki cegieł. Ale wykopałem, tak jak szef mówił, na jeden krąg, czyli ok metra wysokości. Ale dużo gruzu w ziemi, więc "wykop jeszcze, tak na jeden krąg. Ok, kopię. Tym razem odkryłem jeszcze ceglany murek. A później stary krąg zasypany przy poprzednich budowach. Cegieł z pół kopy było. Pierwszy krąg został zniszczony, całkiem fajnym w użyciu 5 kilowym młotem. Ale pod nim był następny. A jak się ich wszystkich nie usunie to nowe się nie będą osuwać i będzie tzw dupa. Jest już południe, szef w nerwach, że trzyma dodatkowych dwóch ludzi, a tu nie ma co robić jeszcze. Więc narzuca tempo. Macham łopatą szybciej. Ale kiedy próbuje narzucić szybsze to wysiadam. Więc wskakuje majster. On rozwala murek i odgarnia ziemię, a ja wskakuję i wywalam ją na zewnątrz. Praca do zajebania w wesoło migocącym słoneczku. Z kręgami poszło szybko, 6 osób to nawet za dużo do takiej pracy. Więc mi nie dali tego robić. Jakoś szef chyba nie wierzy w moje rozgarnięcie za bardzo. Ale w zamian podpowiedziałem mu jak szybciej spuszczać kręgi w dół bez rzucania "na rympał". Można się domyślić, że nawet pocałuj mnie w dupę nie usłyszałem. Ale trudno.
Następną robotą przewidzianą dla mnie jako specjalisty od niczego było kopanie rowów na rury drenażowe (takie do odprowadzania wody). Spokojnie i w normalnym tempie. Czyli dla nich za wolno. Ma być do zajebania. Chyba już rozumiem czemu taki duży obrót ludzi jest w firmie. Ale zrobiłem. Też zdarzały się różne bogactwa ziemi, ale dałem radę. Ostatniego dnia już zasypywanie dołów i spokój, myślę sobie. Majster wychodzi przed 12, szef też, przy okazji mówi żebym, wyszedł tak o 16. Myślę sobie - hurra! roboty tyle że w dwie godziny oblecę i spadam do domu ,nawet jakbym miał mniej dostać za robotę. Robię spokojnie, zasypuję co ma być zasypane, bez pośpiechu. Patrzę na zegarek - zajęło mi to godzinę. Zabieram się więc do roboty szybciej, i wychodzi właściciel z "prośbą" - żeby te kamyki wyzbierać co zostały na trawniku po kopaniu. W tym momencie pomyślałem bardzo, bardzo brzydko. Ale to klient, który w dodatku miał mi dać kasę za te 4 dni roboty. Więc zbieram, grabię, zasypuję... Na szczęście zdąrzyłem się obrobić z tym do 16:10... Ale gostek zapłacił za równe 8 godzin. To się nazywa robota po znajomości.
wtorek, 23 marca 2010
Historia, ale jaka?
Doszły mnie słuchy, że na bloga dobra jest historia. Tylko jaka? Na historię życia jeszcze w moim przypadku za wcześnie. Z historii sensu stricto już niewiele pamiętam choć zdawałem ją na maturze (nie mylić z egzaminem dojrzałości! Egzamin dojrzałości z samej nazwy o czymś świadczy – nie dostaje go osoba niedojrzała, a i pewnie wydający go powinien jakąś dojrzałość przejawiać, co jak wiemy w przypadku matury nie jest konieczne zarówno dla jednej jak i drugiej osoby). Idąc dalej, dochodzimy do epitetów. I nie chodzi tu o egzaltowane wyrażanie nieprzyjemnych uczuć! Mianowicie mam na myśli historię np. ciekawą albo zadziwiającą. Ale na bloga to też chyba za mało. Powinna być zajebista (że tak przestarzale to ujmę), czy może wykurwista. Tutaj dowolność w słowotwórstwie jest stanowczo dowolna. Czasem zbyt. Ale o tym może kiedy indziej. Jaka jeszcze może być cecha mojej historii? Pewnie wciągająca, porywająca, uzależniająca… Albo żeby zadbać o parytet (słowo popularniejsze ostatnio od śpiewających blond lasek) wyznaniowy – bóg wie jaka. No dobrze, czyli ma być wykurwiście - bóg wie jaka. Jest konkret. Tylko… Hmm… Wstyd przyznać, ale nic nie przychodzi mi do głowy takiego wykurwiście – bóg wie jakiego… Chyba mam niestety nieblogowy żywot… wykurwiście – bóg wie jak nieblogowy.
sobota, 27 lutego 2010
Blog, blog, blog...
Czym jest blog?
Zacząłem się ostatnio zastanawiać czym jest blog. Czemu on służy i czym jest dla blogerów.
Czyli dla mnie również. To taki krótki przewodnik po moich kontaktach z blogiem, blogowaniem i blogerami… oraz krótkie podsumowanie, zebranych wniosków.
-
W domu rodzinnym pierwszy raz spotkałem się ze stwierdzeniem, że blog służy głównie celom terapeutycznym tj. piszący bloga stara się w nim wniknąć w sedno swojego problemu, powodu dla którego jest taki, a nie inny. A przy okazji do rzucania błotem w kogo popadnie. Oczywiście w gronie rodzinnym.
(Nadmienię, że sposób w jaki to opisuję nie jest nawet daleko zbliżony do tego który usłyszałem)
-
Później doszły mnie słuchy, że są też takie blogi, które czyta się ze względu na ich humor i ciekawe, opisywane w nich historie. A jeżeli się nie czyta to słucha i słuchając zarykuje ze śmiechu, pomimo założenia z pkt. 1-ego. Niedaleka droga od palenia na stosie do ogłaszania świętym… Tu rolą bloga jest więc rozrywka.
-
Kolejne moje spotkanie z blogiem odbyło się na, bodajże, egzaminie gimnazjalnym. Tam pojawiło się kilka tekstów na ten temat… a może to było w tygodniku „P.”? W każdym razie tekst z tegoż periodyku umieszczony był na egzaminie. Jeśli dobrze pamiętam poruszana była kwestia bycia kimś innym w sieci oraz jakości blogowych wypocin. Ale równie dobrze mógł to być inny artykuł w innej gazecie. Jak nic jest to rola naukowa bloga.
-
Następne spotkanie było już w formie książkowej. Wydano blog pewnej dziewczyny opisującej swoje bogate życie seksualne. Ze względu na treść mógłby się równie dobrze nazywać „Zaklinaczka koni”. Napisany z pewną dozą ironii, a jeszcze większą sarkazmu, mający rzeszę oddanych wielbicieli, głównie ze środowisk ortodoksyjnie katolickich, z cieknącą śliną wyczekujących kolejnego grzesznego wpisu. Który mogliby w imię Boga skomentować jako bezbożny, niewart czytania, czy ogłaszając go rychłym początkiem apokalipsy.
Dziewczyna wszystko miała przemyślane – kumpel informatyk (poznany w sieci) czyni pieczę nad stroną bloga, jego „bezpieczeństwem”. Ona tylko przysyła teksty do wklejenia. Mówi, że nie zależy jej na pieniądzach, bo jest z dobrej, bogatej rodziny. Dziwi mnie więc fakt wydania książki. I to, że choć blog miał się skończyć wraz z jej 18-tymi urodzinami, trwa w najlepsze.
Blog widocznie zmienia perspektywę wraz z liczbą odwiedzin. Albo uzależnia, wciąga, blog - narkotyk.
-
Piąte już spotkanie, to założenie tego bloga. W podjęciu tej decyzji wspierało mnie parę osób, którym moje pisanie w jakiś sposób się spodobało lub doszli do wniosku, że to może być miejsce które pomoże wypłynąć mi na szersze wody. Może też przyszła mi chęć żeby się utrwalić w sieci, żeby dać upust mojej megalomanii, która jak seryjnym mordercom kazała zabijać , mi każe pisać, pisać, pisać…!
Zobaczymy, konwencja jeszcze się ustala, teksty się pojawiają, a ja pozwalam swemu blogowemu alter ego zadecydować jaki będzie kształt tej pisaniny.
Ale już się cieszę, czekam na kolejne trudne, bądź zapomniane przeze mnie słowa, które będę sprawdzał wertując słownik, czy aby dobrze je napisałem, użyłem. Czekam na, mam nadzieję, ciekawe przemyślenia, które doczekają się wpisu. I rozwijania się pisarskiego manuskryptu. Ale to już inna historia… Mój fetysz, pisanie.
Co więc udało mi się ustalić?
-
Po pierwsze, blog miałby służyć do terapii różnorakich (ale chyba głównie takim niedającym efektu. Ale przynajmniej nie trzeba za to płacić).
-
Po drugie, pełni rolę symetrycznej rozrywki – zarówno dla piszącego jak i czytających. Lub tylko czytających, jeżeli autor jest na tyle błyskotliwy, że wzbudza tylko politowanie.
Pojawia się więc mechanizm przedziwnej logiki tłumu – patrzcie wszyscy jaki on żałosny, ho, ho, ho, patrzcie na niego. I jak kula śniegowa rośnie ilość ludzi tępo patrzących. Wystarczy zajrzeć w „swoją tubę”. Chociaż paru posłów cele brytów już mieliśmy. Może już niebawem blog pojawi się jako trampolina do polityki (jak notabene na Słowacji, gdzie partia założona przez poczytnego blogera wbrew ekspertom zdobyła parę procent poparcia)?
-
Po trzecie, skoro pojawiają się o blogach artykuły w poważnych pismach, jest to już przedmiot jakichś badań, a więc rola naukowa. Albo prędzej pseudonaukowa, dotycząca pseudopisartstwa. Z aktualnej perspektywy zaczynam się zastanawiać czy jednak dobrym pomysłem było wyżej wymienione prezentowanie tekstów o blogach na egzaminie państwowym. Może pojawi się jakiś nowy wieszcz, którego warto będzie w takim miejscu zamieszczać, ale może takie rzeczy powinna weryfikować historia, a nie urzędnik, choćby najświatlejszy (rewolucja francuska w końcu też była światła, a dużo ludzi chyba zbyt spontanicznie straciło głowy), powinniśmy poczekać aż ten stary Mickiewicz się „skończy”.
-
Po czwarte, typowe pamiętnikarstwo, z domieszką nałogowego ekshibicjonizmu pornograficznego, a ostatecznie celebrytystycznego biznesu. Chociaż w tym kontekście robienie kariery przez łóżko nabiera nowej, ciekawszej perspektywy. Można by np. napisać o tym jak się kolejny raz nie zrobiło kariery przez łóżko, a i tak znajdzie się ktoś kto zechce przeczytać. Aż zacytuję tekst z filmu: „Everyone want to see anybody fuck”.
-
Po piąte… no właśnie po piąte pojawiam się ja i mój blog. Po tym podsumowaniu zaczynam się zastanawiać, co ja chcę i co mogę pokazać w tym hyde - parku… (a po trosze martwić jak to się dla mnie skończy zarówno psychicznie jak i wizerunkowo)
Pewnie, zależy mi i na tym żeby jakość tekstów była dobra, i na tym żeby w ogóle ktoś to czytał. Bo po co komu nawet najlepszy, ale nieczytany blog? Chociaż z drugiej strony taki sport dla sportu też ma jakąś ideę... Problem w tym, co przeważy. Albo do jakiego stopnia potrafię się zeszmacić.
Hm… Może to będzie blog o blogach?
piątek, 19 lutego 2010
Uwaga! Kolejne stopnie zagrożenia lawinowego! W Warszawie...
Właśnie, lawina. Ostatnia rzecz jakiej bym się spodziewał w stolicy, w centrum miasta. Na ulicy Długiej 6 usłyszałem, rumor walącego o dach lodu po czym zobaczyłem go w powietrzu nad sobą. Może to nieostrożność z mojej strony chodzić po Warszawie chodnikiem, ale spodziewałbym się chociaż tego zabawnego (bo chyba powinno się sprzątać, a nie pisać że jest brudno?) ostrzeżenia "uwaga śnieg spadający z dachu". Kolejna lawina chciała mnie zasypać na Świętojerskiej, bodaj 16. Pozdrawiam zarządców nieruchomości! Powiadomiłem służby miejskie oraz stację TV, ciekaw jestem rezultatu.
Może pora na prostest? "Warszawiacy wyszli na ulice ze względu na nieodśnieżone chodzniki i dachy" to by było coś...ech...marzenia...
Jad i piłka kopana
Zostałem posądzony o plucie jadem w poprzednim wpisie. No cóż… co ja mogę poradzić? Jak ma się katar, czy jakąkolwiek inną dolegliwość to z reguły nie dziękuje się Bogu, a raczej złorzeczy. Znalazłem więc odpowiedniego adresata moich złorzeczeń. Oddałem humor ludu po prostu, nikt nie lubi być obsmarkany i obkaszlany. A jeśli nie każdy to ja i zamierzam się swej linii słusznej trzymać
Ale obiecuję, jak tylko mi przejdzie na dobre, gloryfikować będę lud tramwajowy!
A opluję jadem kogoś innego…;)
Poza tym ostatnio jakoś nic się nie działo... może oprócz wiosennego powrotu Ligi Mistrzów...
Arsenal-Porto ze skuteczną walką polskiego bramkarza o zmianę zespołu. Na gorszy albo na głupszy. Jego perfekcyjne podejście do gry spowodowało stratę 2 bramek i przegrany mecz. Nie wiem co myślał Arsen Wenger wypuszczając mu do pomocy tylko 4 obrońców (swoją drogą i tak kulawych). Jedynie Sol Campbell cokolwiek pokazał w tym meczu - jedyny gol Arsenalu strzelony notabene przez obrońcę. Dla Porto gole strzelał Fabiański - pierwszy padł po niezrozumieniu Fabiańskiego z jego górnymi kończynami, drugi ze względu na odmienne rozumienie przepisów gry przez naszego rodaka. Mógłby jeszcze jeździć na monocyklu i żonglować włączonymi piłami łańcuchowymi dla dopełnienia swojej wszechstronności. Ku uciesze kibiców. Którzy po tak barwnych popisach swoich pupili na pewno hurmem pospieszą na rewanż w Londynie.
środa, 17 lutego 2010
Katar, czyli dżuma, czyli koniec świata
Nieleczony trwa tydzień, leczony 7 dni. Wiem kto i co za nim stoi.
Chory jestem. Już nawet nie hipochondrycznie, a realistycznie – dopadł mnie bezwzględny i zabójczy wirus kataru. Trawi mnie z upodobaniem, nie znając litości. Miażdży mój system immunologiczny, rozrywa na strzępy pozostałe przy życiu komórki obronne. Rozpala do czerwoności czoło, oczy, gardło. Na nic się zdają kolejne ogromne porcje witamin w normalnych warunkach zabijające konia – w obecnych są warte tyle co usypywanie kręgu z soli przeciw demonom.
Leżąc w łóżku pod stertą kołder, kocy i jeszcze w śpiworze staram się dociec – co ja komu źle uczyniłem, że tak cierpieć teraz muszę? Rozrachunek ten jakoś niestety nigdy mi nie wychodzi… Przychodzi wtedy głupi pomysł, że może z własnej winy? Ale nie, przecież chroniłem się jak mogłem: kurtka, sweter, czapka, szalik, rękawiczki… Nawet ćwiczyłem w tych arktycznych warunkach…
Rozważam wszelkie opcje, możliwe niedopatrzenia. Może za późno założyłem tą lewą rękawiczkę? Może czapka była krzywo? But niedosznurowany? Na nic to wszystko. Odpowiedź błahsza niż bym śmiał przypuszczać. Patrzę przecież na to co ode mnie zależne, coś w czym ja mógłbym zawinić… Olśnienie. Korzystam ze środków komunikacji miejskiej. Jeśli idzie o jakąkolwiek higienę to równie bezpieczne jak wspólne korzystanie przez wszystkich gości burdelu z tej samej prezerwatywy.
Kichacze,kasłacze szanowni!
Ja wiem, że to problem jest okrutny i wymagający niebagatelnych przemyśleń oraz rozważań. Wiem, że wam ciężko, i że boli nieraz. Ale na litość boską, użyjcie mózgu! Choć raz dziennie (co da wam porządny punkt w CV, roczne średnie użycie mózg na poziomie 365 razy – odejmuję przy tym za bogobojne próby antykoncepcyjne, ale dodaję za wydarzenia nazywane cudami, choć to pewnie samoistne przeskoczenie iskry w waszych neuronach. Poza tym błąd pomiaru też jest na waszą korzyść). Zasłońcie wasze przepiękne twarze waszymi jeszcze piękniejszymi, opadłymi ze zmęczenia dłońmi. Nie plujcie, nie smarkajcie, nie urońcie ani kropli z waszych cudownych wydzielin. Zachowajcie je dla siebie.
A jak następnym razem mnie ktoś obsmarka to wp****ol.
|
|